palabra blog

Twój nowy blog

I stało się.

Powróciło mi zaciekawienie nowymi możliwościami. Już raz o tym pisałem, Liam zachęcał do „przesiadki” na blogspot.com.

Być może wcześniej  bym się zdecydował – ale z blog.pl podstawowy problem jest taki, że nie da się archiwizować bloga. Serwis ma dużo zasług, jest chyba najstarszy w Polsce – ale takie udogodnienie, jak i kilka innych, by się przydało.

Ostatnie 2 dni zajęło mi personalizowanie mojego nowego miejsca, gdzie będę pisał (najpierw straciłem sporo czasu na szukanie fajnego motywu – po czym skończyło się na sporych własnoręcznych zmianach w jednym z motywów dostępnych w serwisie) – design, linki itp. Można tam łatwo obserwować, co się na blogu dzieje, i
dostawać powiadomienia o nowych wpisach.

Nic się nie kończy – zmienia się miejsce.


Od dzisiaj zapraszam na

 
http://niedowiarstwomoje.blogspot.com

Ten blog, oczywiście, pozostaje, ale nic nowego nie będę tutaj pisał.

Kilka ciekawych myśli z aktualnego GN:

Demokracja nie jest tylko formą, warto także zastanowić się nad jej
treścią. Czy jeśli we wszystkich dziedzinach życia publicznego będziemy
stale się kłócili, to przez to nasza demokracja będzie silniejsza?
Wątpię. Niczego przez ustawiczne kłótnie nie zbudujemy. Trzeba ze sobą
rozmawiać, nawet spierać się, pamiętając jednak, że znacznie więcej
możemy osiągnąć wspólnie, a nie dzieląc się stale między sobą. W innym
przypadku zawsze będzie zwyciężać partyjniactwo, zacietrzewienie i
przypisywanie sobie monopolu na najlepsze rozwiązania, bez słuchania
racji innych. Skuteczna demokracja, w moim przekonaniu, polega przede
wszystkim na umiejętnym budowaniu mądrych i racjonalnych kompromisów, a
nie ustawicznym mnożeniu konfliktów.
(prymas Polski abp Józef Kowalczyk o demokracji)

Świetny artykuł o tym, jak własnymi siłami, z pomocą prawdziwej pasji można własnymi siłami i skromnymi środkami poprowadzić wiejską szkołę.

No i ciekawe określenie, czym ma być życie – połamany życiorys odczytać przez pryzmat krzyża.

Po lewej, pomiędzy księgą a archiwum, pojawiło się takie fajne jakby kalendarium – bonusik, który znalazłem na blogu o. Grzegorza, a pochodzący z witrynki www Edycji św. Pawła. Fajne, nie? Dzisiaj nie widać – ale poza sentencją i namiarami na czytania mszalne bywa też informacja o świętach liturgicznych (o ile takowe akurat przypada).

>>>

Uczniowie rzekli do Jezusa: Oto teraz mówisz otwarcie i nie opowiadasz żadnej przypowieści. Teraz wiemy, że wszystko wiesz i nie trzeba, aby Cię kto pytał. Dlatego wierzymy, że od Boga wyszedłeś. Odpowiedział im Jezus: Teraz wierzycie? Oto nadchodzi godzina, a nawet już nadeszła, że się rozproszycie – każdy w swoją stronę, a Mnie zostawicie samego. Ale Ja nie jestem sam, bo Ojciec jest ze Mną. To wam powiedziałem, abyście pokój we Mnie mieli. Na świecie doznacie ucisku, ale miejcie odwagę: Jam zwyciężył świat. (J 16, 29-33)

Nie ma już tajemnic, nie ma strachu, nie ma zwątpienia. Wierzą w Niego. Owszem, może i serce nie jest w stanie wszystkiego rozumowi wyjaśnić – ale serca pałają ku Niemu, a serce nigdy się nie myli. To jest Bóg, to Pan.

Jezus, jakby z przekory? mówi im o zwątpieniu. Nadejdzie ono – pouciekają, poukrywają się po zakamarkach. Tylko Jan stanie pod krzyżem z kobietami. Piotr – niby odważnie – będzie szedł do pałacu za pojmanym Zbawicielem, ale wyprze się Go, i to 3 razy. Owszem, przy pustym grobie uwierzy, a nad jeziorem, zapytany kilkakrotnie, 3 razy znowu powie: kocham. Innych droga do Niego będzie różna – jak choćby tych dwóch, za którymi będzie prawie do Kafarnaum musiał dojść, żeby Go poznali.

Zebrał ich, porwał jakby od zajęć, powołał. Byli różni – różniło ich wszystko, począwszy od pochodzenia, wykształcenia, zajęcia, pracy, na temperamencie (vide matka Jakuba i Jana i ich oczekiwanie, roszczenie do miejsc po obu stronach Jezusa w Królestwie) skończywszy. Wydarzenia Świętego Triduum zburzyły to, co wydawało się mozolnie przez 3 lata powstawać – i wszyscy się rozpierzchli. Po to, aby powoli, niepwenie jeszcze, schodzić się do pustego grobu, wsłuchiwać z niedowierzaniem w słowa niewiast i świadectwa tylu innych. Aż wreszcie – aby przyjąć Jego pokój, który On sam – umarły, ale jednak żywy – przyniósł i podarował im w wieczerniku, gdzie się zamknęli (nie inaczej, jak ze strachu).

Duch. Moc z wysoka. Ostatni element nierozwiązanej układanki Trójcy Świętej, Boga Wszechmogącego. Odchodzę – ale On pozostanie z Wami, aż do skończenia świata. Przyjdę do was w swoim Duchu i rozraduję wasze serca. Bez Niego nie ma prawdziwego pokoju, który Jezus chciał ofiarować nie tylko tym, którzy za Nim poszli, tym nielicznym których miał okazję uleczyć i uzdrowić – ale każdemu człowiekowi, każdemu zmęczonemu ludzkiemu sercu, poszukującemu odpowiedzi, sensu, prawdziwego celu, właściwej drogi do niego.

Bez względu  na to, co się dzieje – On zwyciężył. Bez względu na to, jak bardzo akurat teraz jest trudno, jak bardzo boli, jak bardzo czujesz się źle – czy to z powodu swojej słabości, czy z powodu kogos, kto zawiódł, gdy był najbardziej potrzebny, czy wreszcie z rozczarowania drugą osobą – ale On i tak zwyciężył. I Jego zwycięstwo jest tak wspaniałe, że może nadać piękny kształt i zupełnie inne, może teraz ukryte, znaczenie temu wszystkiemu, przez co przechodzisz. Bóg wywyższył Go na krzyżu przez mękę, śmierć aż do zmartwychwstania – i tak samo chce wywyższyć każdego człowieka, który Jemu zaufa.

Tak jak On świat już zwyciężył – tak i ty z Nim możesz zwyciężyć na świecie to wszystko, co najważniejsze. A co najważniejsze – nie tylko w świecie teraz, ale i do świata, do którego dążymy, którego wyczekujemy.

>>>

Zachowujmy słowo Boże w naszych sercach. Ono jest jak karta sim w naszych telefonach, klucz Boży w naszych sercach. Na twarzach zagości uśmiech, bo wiemy, że Słowo Boże aktywuje się w naszych sercach. Gdziekolwiek się znajdziemy, będziemy mieli roaming, zasięg umożliwiający połączenie z Bogiem. To jest odpowiedź na wszystkie problemy, cierpienia, trudności i kryzysy. Bóg chce żebyśmy go wzywali, bo On nam zawsze odpowie. Potrzebujemy pomocy Boga. W naszych rodzinach potrzebujemy łaski Bożej. W naszych rodzinach potrzebujemy Bożych rozwiązań naszych problemów. Potrzebujemy ognia Ducha Świętego. (o. Joseph Vadakkel MCBS z Indii – wiara.pl)

Roaming – ciekawe porównanie. Technicznie – dodatkowa usługa, za pomocą której możemy – działając w sieci X – także za granicą, korzystając z sieci innych operatorów, korzystać ze swojego numeru telefonu w tej sieci X.

A Bóg jest wszędzie dostępny. Dla Niego roaming jest zbędny. Albo inaczej – On jest jak taki roaming, który się nie kończy. Najlepszy zasięg, wieczny dostęp. Po co? Żebyśmy korzystali z tego. Żebyśmy w tym Słowie odnajdywali odpowiedzi.

Bierzcie i jedźcie. Bierzcie i czytajcie. To  nie boli.

Jezus powiedział do swoich uczniów: Jeszcze chwila, a nie będziecie Mnie oglądać, i znowu chwila, a ujrzycie Mnie. Wówczas niektórzy z Jego uczniów mówili między sobą: Co to znaczy, co nam mówi: Chwila, a nie będziecie Mnie oglądać, i znowu chwila, a ujrzycie Mnie; oraz: Idę do Ojca? Powiedzieli więc: Co znaczy ta chwila, o której mówi? Nie rozumiemy tego, co mówi. Jezus poznał, że chcieli Go pytać, i rzekł do nich: Pytacie się jeden drugiego o to, że powiedziałem: Chwila, a nie będziecie Mnie oglądać, i znowu chwila, a ujrzycie Mnie? Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Wy będziecie płakać i zawodzić, a świat się będzie weselił. Wy będziecie się smucić, ale smutek wasz zamieni się w radość. (J 16, 16-20)

Ludzie nie doceniają Boga, gdy Go widzą i słyszą.

Jemu współcześni nigdy nie doceniali tego, że mieli Jezusa tak blisko, na wyciągnięcie ręki. Że mogli z Nim chodzić, rozmawiać, zasłuchiwać się w Niego, pytać, wyjaśniać wątpliwości. Że tak po ludzku był obok – tak jak tyle osób, które w codziennym zabieganiu my dzisiaj mijamy. Oczywiście – nie wszyscy. Apostołowie i niektórzy – Nikodem, Łazarz z siostrami, Józef z Arymatei, Maria Magdalena i tyle innych – poznali prawdę o Nim. I choć pewnie (co dzisiejsze pytania w ewangelii potwierzają) nie rozumieli prawdy o tym, że On będzie musiał odejść, że już tak niedługo umrze – cieszyli się i bardzo cenili to, że On jest przy nich; a właściwie – że oni mogą być Przy Nim.

Dla nich – tych, którzy byli przy Nim od początku Jego działalności – ta „chwila” wyniosła, mniej więcej, 3 lata. Maryi dane było cieszyć się Jego bliskością aż o 30 lat więcej. Czy od początku wiedziała, jaki to skarb – nie tylko jako syn, dziecko, ale to kim On był? W ewangeliach pojawia się sformułowanie, że Maryja rozważała te sprawy w swoim sercu – i to chyba jest dobre określenie. Wiedziała, że w Nim objawił się bardziej niż kiedykolwiek indziej Bóg, że ona sama ma przed sobą wielką misję, która wymagać będzie siły, i przysporzy na pewno cierpienia. Ale w tym wszystkim zdawała się na Boga. Tylu innych, na których drodze życia Jezus w różnych okolicznościach stanął później, pewnie miało jeszcze mniej czasu – najmniej miał Dyzma, Dobry Łotr. Ile wisieli razem na krzyżu? Kilka godzin? Wystarczyło, aby ten – tak, tak uważam – święty człowiek otworzył przed Nim swoje serce, przyznał się do win, i uzyskał coś, od czego był pewnie całe życie jako złodziej daleko: zbawienie. Ten moment wystarczył. Bo ważne, że był z Nim.

Tak, jak te 2000 lat temu świat żydowski w osobach uczonych, faryzeuszy cieszył się, że pozbył się problemu, jakim był Jezus – tak coraz częściej, mniej lub bardziej wprost, jest dzisiaj. Uczniowie wtedy płakali – świat się cieszył. I co z Jego moca, proroctwami, mesjaństwem? Zginął – jak przestępca, na krzyżu. Historia pokazała – niespełna pół wieku później po wspaniałej stolicy judaizmu nie pozostał prawie ślad, do dzisiaj martwym świadkiem pozostaje Ściana Płaczu. Naród, który Bóg na początku wybrał, ale który Jezusa nie rozpoznał – rozproszył się po świecie, aby państwowość odzyskać dopiero blisko 20 wieków później. I co? Ciągłe wojny, konflikty, ataki, zabijanie.

I dzisiaj światu Jezus również nie jest na rękę. Bo wymaga. Bo nie rozdaje różnych używek, nie zaprasza na imprezę, nie mówi – wyluzuj, rób co chcesz, bądź szczęśliwy i będzie dobrze. Nie zachęca do szukania odpowiedzi na pytania dzisiejszego świata w zatraceniu, świecie iluzji i niby-wiecznej zabawy, gdzie nie trzeba się martwić, tylko być sobą, cieszyć się, etc. On ciągle, niezmiennie, uczy o najważniejszym – miłości – która wymaga, od której się wymaga, która uczy odpowiedzialności, nie pozwala odwrócić się od potrzebującego ani milczeć, gdy komuś dzieje się krzywda, albo gdy po prostu z uśmiechem na twarzy, w imię takich czy innych poprawnych politycznie idei, lekceważy się wprost i olewa Boże prawo.

Znowu ujrzycie mnie. Jezus zapowiedział uczniom to, o czym później zapomnieli. Zabili, ukrzyżowali, pochowali. Ale to nie koniec. I dopiero szereg późniejszych wydarzeń, od poniedziałkowych wizyt przy – pustym, jak się okazało – grobie przypomniał im o tym. Widzieli Go. Nadal był z nimi do wniebowstąpienia. Jak człowiek – którym pozostawał – a jednocześnie Bóg, zwycięski Pan Śmierci, Syn Boży, Zbawiciel. Był z Nimi – i cieszyli się tym. Wiedzieli, że nie można Go pokonać, że On zwyciężył. Ich smutek przemienił się w radość, wiarę i nadzieję – taką, której nikt nie był już w stanie im odebrać.

Tę radość, która do dzisiaj przenika i promienieje z Kościoła. Tę wairę, radość i miłość, która do dzisiaj przyciąga do Kościoła i do Jezusa kolejnych ludzi – mimo, że Jego, po ludzku, nie ma wśród nas od dwóch tysiącleci. To jest właśnie Boża siła. To jest właśnie Boże Słowo. Prawda, której nawet zabicie głosiciela i największego świadka nie było w stanie powstrzymać.

To, czy Jezus jest ze mną – zalezy tylko ode mnie. Nie widać Go? Poszukaj w kościele, kapliczce. A najlepiej – we własnym sercu. Dawno tam nie zaglądałeś? Nie pamiętasz słów żadnej modlitwy? Twoje relacje z Bogiem, jakby to powiedzieć, rozluźniły się? Nic nie szkodzi. Dla Niego to nie ma znaczenia. On ucieszy się, że przychodzisz, że chcesz z Nim być. Powiedz Mu po prostu, jak bardzo Go potrzebujesz, jak brakuje ci Jego miłości, jakie twoje życie jest puste i bezsensowne bez celu, który On może wskazać. Sama wola modlitwy w takim momencie staje się modlitwą.

Nie trać czasu. Szukaj Boga, gadaj z Nim, kłóć się, zadawaj pytania, protestuj, drocz się. Rób to wszystko, co robili Jego uczniowie 2000 lat temu. Bo to, że Jego namacalnie nie ma wśród nas – cóż, to nic nie znaczy. On był, jest i będzie. Pytanie tylko, czy poświęcimy czas, aby przez życie iść z Nim za rękę – czy marnując je na negowanie Go.

Jezus powiedział do swoich uczniów: Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go, i przyjdziemy do niego, i będziemy u niego przebywać. Kto Mnie nie miłuje, ten nie zachowuje słów moich. A nauka, którą słyszycie, nie jest moja, ale Tego, który Mnie posłał, Ojca. To wam powiedziałem przebywając wśród was. A Pocieszyciel, Duch Święty, którego Ojciec pośle w moim imieniu, On was wszystkiego nauczy i przypomni wam wszystko, co Ja wam powiedziałem. Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam. Nie tak jak daje świat, Ja wam daję. Niech się nie trwoży serce wasze ani się lęka. Słyszeliście, że wam powiedziałem: Odchodzę i przyjdę znów do was. Gdybyście Mnie miłowali, rozradowalibyście się, że idę do Ojca, bo Ojciec większy jest ode Mnie. A teraz powiedziałem wam o tym, zanim to nastąpi, abyście uwierzyli, gdy się to stanie. (J 14,23-29)

Można nie wierzyć w Jezusa, jeśli widzi się w Nim tylko człowieka. Można. Ale czy można Mu nie wierzyć, jeśli przyjrzeć się temu, co dokonał? Czy nie jest tak, że za Nim stoją czyny o wiele wspanialsze i przekraczające ludzkie możliwości poznawcze? Czyny, których człowiek nie jest w stanie dokonać? Tak.

Fenomen Trójcy Świętej polega właśnie na Jej spójności. Jezus, będąc w pełni człowiekiem, który żył, dojrzewał i cierpiał jak człowiek – nie stracił nic ze swej boskości, nie przestał być jednocześnie Bogiem. Jego misja to nic innego, jak wypełnienie woli Boga Ojca. Temu było podporządkowane wszystko, co czynił. To było treścią tego życia, które dramatycznie rozpoczęło się w Betlejem, poprzez ucieczkę, Nazaret i miało apogeum w tygoniu, który poprzedził tryumfalny wjazd do Jerozolimy.

Taka jest rola Kościoła. Taka jest rola kapłanów, o których tyle złego – i niestety, prawdy – można teraz usłyszeć czy wyczytać. Wypełnianie woli Boga. I nie jest tak, że kapłaństwo czyni ich niezniszczalnymi, supersilnymi duchowo, opierającymi się wszelkim pokusom. Kapłaństwo to nie super moc. Kapłaństwo Chrystusowe, posługa Kościołowi, to misja. Misja, której chyba najważniejszym przejawem jest to, aby Bogu nie przeszkadzać działać, przez kapłańskie ręce, usta, serce.

Ale kapłaństwo w Kościele to nie tylko stan, wynikający ze święceń. W Kościele trwa kapłaństwo powszechne, do którego każdy z nas jest powołany i wezwany w momencie chrztu. To jest misja także dla świeckich, dla ciebie i mnie. We własnej pracy, rodzinie, pośród znajomych, w swoich środowiskach. Nie zasłaniać Boga. Przybliżać Go. Prostować niedomówienia, gdy ktoś powiela mylące i nieprawdziwe stereotypy. Wskazywać, którędy droga, co naprawdę ważne – że do zbawienia nie dochodzi się rekordową ilością różańców czy ściganiem się z sąsiadkami na ilość mszy, w których się bierze udział.

Bo przecież nasze powołanie – to powołanie do miłości. I tylko ona się liczy. Tylko ona w finalnym rozrachunku będzie miała jakąś wagę, jakąś wartość. Tylko przez jej pryzmat Bóg będzie nas ważył. To, co bez miłości – nie ma sensu. Pozostaje ślad, czasami bardzo głęboki, ale jest puste, powierzchowne i nijakie. A najczęściej po prostu boli. Brak miłości – to obojętność.

Czym się kierować? Jak obrać dobry kierunek? Jak się nie pogubić, nie pójść za fałszywymi prorokami? Jest Duch. Jak to mówią – przed przyjściem na świat Jezusa była epoka Boga Ojca, za Jego życia – epoka Jezusa. A my żyjemy w epoce Ducha Świętego. On jest obietnicą, zostawioną nam. On jest naszym dziedzictwem. Tym, który wystarczy, aby dobrze żyć. Trzeba się wsłuchać w Jego głos, cichy głos, który bardzo często ginie pod sloganami, przepychankami, reklamami, billboardami i tym wszystkim, co człowieka tak często osacza i ogłupia.

Tylko w Nim jest pokój. Tylko w Nim ten pokój można osiągnąć – a jednocześnie stać się takim Bożym kagankiem, który ten pokój jak światło, jak ogień, rozniesie i będzie podpalał, rozświetlał to, co w cieniu, smutne, zagubione, zapomniane. Nie pokój, o którym tyle się mówi – politycy, ludzie mediów, spekulanci – ale prawdziwy pokój, który wypływa ze środka, z wnętrza. Tylko takim pokojem można rozpalić, rozbłysnąć – nie na chwilę, jak to wielu robi, decydując się na jakieś używki, chwilowy odjazd, nirvanę i inne takie. To jest pokój, który – gdy raz zapłonie – płonąć może całe życie. Ciągle nowy. Ciągle świeży. Ciągle ogrzewający serce, uzdalniający je do obfitowania miłością, dzielenia się nią. 

Przychodzisz, Panie, mimo drzwi zamkniętych,
Jezu Zmartwychwstały ze śladami męki.
Ty jesteś z nami, poślij do nas Ducha,
Panie nasz i Boże, uzdrów nasze życie.

Nie szczycę się mądrością, Panie
Nie szczycę się z dostatku swych sił
Nie jestem dumna z tego, co posiadam
Tylko Tobą, Panie, szczycę się x2

Jakże wzniosły jest twój tron
W którym rządzisz narodami
Jakże wzniosły jest twój tron
Cała ziemia drży
Jakże wzniosły jest twój tron
Stwórco mój, zbawco mój,
Tylko Tobą szczycę się x2

Nie szczycę się mądrością, Panie
Nie szczycę się z dostatku swych sił
Nie jestem dumna z tego, co posiadam
Tylko Tobą, Panie, szczycę się

Jakże wzniosły jest twój tron
W którym rządzisz narodami
Jakże wzniosły jest twój tron
Cała ziemia drży
Jakże wzniosły jest twój tron
Stwórco mój, zbawco mój,
Tylko Tobą szczycę się x2

Mój Panie, mój Panie, mój Panie…

To z pierwszej płyty TGD, jaką usłyszałem. Takie wspomnienie pierwszego zachwytu nad tym projektem. I niesamowity głos Beaty Bednarz :)

Tak sobie dzisiaj myślałem w trakcie mszy – kim my jesteśmy? Kim ja jestem? Robaczkiem. Małym pyłkiem. Tak, takim nie wiadomo jak małym stworzonkiem, które bardzo często ma wielkie ego i jeszcze większe roszczenia, pretensje do Boga. Skąd? Na jakiej podstawie? Właśnie – żadnej. Bez powodu.

Nasza wielkość jest w Bogu. W Nim i w nikim innym nasza chwała.

A w tych dniach trzymamy szczególnie kciuki za maturzystów :)

Po wyjściu Judasza z wieczernika Jezus powiedział: Syn Człowieczy został teraz otoczony chwałą, a w Nim Bóg został chwałą otoczony. Jeżeli Bóg został w Nim otoczony chwałą, to i Bóg Go otoczy chwałą w sobie samym, i to zaraz Go chwałą otoczy. Dzieci, jeszcze krótko jestem z wami. Będziecie Mnie szukać, ale – jak to Żydom powiedziałem, tak i teraz wam mówię – dokąd Ja idę, wy pójść nie możecie. Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali tak, jak Ja was umiłowałem; żebyście i wy tak się miłowali wzajemnie. (J 13,31-33a.34-35)

Brakuje nam miłości.

Ten obrazek to potwierdza. Gdyby Judasz kierował się miłością – czy dokonałby tego, czego dokonał? Można się spierać. Można domniemywać – może uważał, że wypełnia jakąś misję, przyspieszając spełnienie się „wywyższenia” Syna Człowieczego? Ale miłości miał za mało. Przeważyła wątpliwość, strach, bezradność. Pewnie też zabrakło wiary. I to bez względu na to, czy faktycznie był złodziejem i podkradał ze wspólnej kasy apostołów – czy jest to „kwiatek” dodany potem, aby pasował do ogólnego „charakteru”, oddźwięku jego osoby.

Bóg na nic nas nie skazuje. Wyrok, jeśli zapada, zapada przez nas. Przeciwko nam. Sami go na siebie wydajemy. O. Pelanowski świetnie napisał – miłość znosi zdradę, ale zdrada nie znosi miłości. A może Judasz też taki wyrok wydał na siebie, nie mogąc znieść sprzeczności między tym, co mówił i uczył Jezus – a tym, co on sam robił? Zabrakło miłości, zabrakło wiary.

Nasza miłość ma sens tylko zakorzeniona w miłości Bog, z niej wyrastająca i na niej bazująca, opierająca się. Bo jaki sens miłości, którą skończy śmierć – bliższa lub dalsza? Żaden. Bóg daje więcej – perspektywę, której żaden z nas po tej stronie życia nie jest w stanie sobie wyobrazić, opisać, zrozumieć. Zrozumiemy to dopiero tam, z Nim – po drugiej stronie. Gdy miłością, którą żyliśmy i karmiliśmy się za życia, będziemy mogli cieszyć się bez końca. Dzięki Jezusowi, Jego zmartwychwstaniu.

Tak się zastanawiam – czy można zobaczyć tę miłość, tę rzeczywistość, do której dążymy? Ktoś powie – no przecież miłość widać na każdym kroku, ludzie chodzą wtuleni w siebie, całują się, wyznają uczucia, obdarowują, żenią, zakładają rodziny – i to wszystko z miłości. Tak, tej ludzkiej, która ma być w tamtej zakorzeniona. A co z tą nieskończoną miłością? Jest wszędzie wokół, tak jak Bóg. Nie widać jej, nie można jej zobaczyć. Ale jest. I zagłębić się w nią można jedynie żyjąc łaską. Wtedy można z niej czerpać. Wtedy nią można budować naszą miłość tutaj – wobec rodziców, bliskich, małżonka/sympatii, przyjaciół, kolegów.

Miłość to walka tutaj, dzisiaj. Walka we mnie. Walka, której może najlepszym rezultatem jest pozbycie się tego we mnie, co przypomina Judasza, co z niego jest we mnie. Tego mojego własnego Judasza. Doprowadzenie do tego, że odszedł – nie wnikając w przyczyny – tak jak odszedł od Jezusa i uczniów wtedy. Jego trzaśnięcie drzwiami mojego serca może stanowić początek naprawdę lepszego kochania.

Bo dopiero uświadamiając sobie, że za słabo, za mało i nie tak kochamy – możemy stać się zdolni kochać lepiej.

Skończyłem autobiografię s. Emmanuelle.

Poelcam gorąco każdemu. 350 stron, a nie można się znudzić.

Kilka myśli z zakończenia:

Jaki jest sekret udanego życia? Wydaje się, że najważniejsze jest rozpoznanie na samym początku naszego najgłębszego powołania. Chodzi o odkrycie takiego obszaru, w którym nasza inteligencja, wola, serce osiągną najpełniejszy rozwój, służąc nam samym i innym ludziom.

Następnie należy wytrwale dążyć do realizacji tego powołania i nie zmieniać drogi z powodu niewielkich trudności.

(…) Wszystko łączy się w niewidzialną całość. Człowiek jest całością. We wszystkich odczuciach serca i podejmowanych działaniach jest tą samą osobą, która odzwierciedla na zewnątrz to, co się dzieje w jej wnętrzu. (…) Wystarczy kochać, i wszystko staje się jednością.

(…) Przepaść naszego ubóstwa jest otwarciem na Boga, ponieważ Bóg może wejść tylko tam, gdzie jest wolne miejsce. Bóg słyszy wołanie naszej pustki i wchodzi w nią. Wszechmogący Bóg sam stał się ubogi i słaby.

(…)  Chciałabym, żebyś zrozumiał, że kochasz, że jesteś o wiele bardziej zdolny do miłości, niż myslisz. Zanurz się w głębiny twojego serca, a znajdziesz tam płomień miłości, która szuka szczęścia innych ludzi i nadaje sens życiu i śmierci. (…) Zawsze jest czas największej miłości!

(s. Emmanuelle, „Wyznania zakonnicy”, Kraków 2010 – Na zawsze w miłości [zakończenie])

Świetne pojęcie. Czas największej miłości. Wracało, przez całą książkę – tak, jak autorce musiało towarzyszyć przez całe życie. Życie miłością.    

Wciąga mnie ta autobiografia śp. s. Emmanuelle. Piękna opowieść, własnymi słowami, na temat codziennych zmagań i dosłownie bezgranicznego poświęcenia pracy z najbardziej ubogimi i potrzebującymi pomocy w najbrudniejszych slumsach Egiptu, Kairu, Sudanu. A w tym wszystkim – prostota, bez jakiś niedomówień, przemilczeń. Dobitne mówienie wprost o tym, co ważne. A w tle – ciągłę zmagania autorki z sobą samą, z ludźmi z których poglądami się nie zgadzała, ale których Bóg stawiał na jej drodze aby ją czegoś nauczyli.

I między tm wszystkim – takie słowa. Mnie pasują nie tylko w kontekście ogólnych relacji nad wiarą w Boga, ale przede wszystkim – jako odpowiedź na wszelkiej maści zarzuty w stylu „czemu Bóg pozwala na takie tragedie”. W kontekście Smoleńska również.

Ale czy wiara jest łatwa? Czy wobec braku Bożej interwencji pośród najokropniejszych ludzkich dramatów mogę ostatecznie i jasno powiedzieć, że moja wiara jest słusznym wyborem? Wystarczy się zastanowić nad śmiercią dzieci, aby koncepcja wszechmogącego i dobrego Boga wydała się fantasmagorią. (…) moja wiara waliła się, podnosiła i znów chwiała. Któż z wierzących w obliczu milczenia Boga nie doświadcza wątpliwości, buntu, a nawet rozpaczy?

Gdy tryumfujący Hitler rósł w siłę, Bóg milczał. W straszliwy sposób doświadczył tego luterański biskup Dietrich Bonhoeffer, który na kilka miesięcy przed śmiercią w hitlerowskim obozie koncentracyjnym powiedział: „Bóg pomaga nam dopiero wówczas, gdy jest bezmocny i słaby. >Chrystus wziął na siebie nasze słabości i nosił nasze choroby< – zdanie to jasno wskazuje, że Chrystus nie pomaga nam swoją wszechmocą, ale swoją słabością i cierpieniem. Tylko cierpiący Bóg może pomóc”.

Czytałam te linijki wiele razy. Brzmią dla mnie jak spisany ciepłą jeszcze krwią testament wyznającego wiarę męczennika, a nie jak chłodne abstrakcje powstałe na biurku teologa. Wizja Bonhoeffera bardzo mi pomogła w pogodzeniu z sobą spraw, które wydają się nie do pogodzenia. Bóg, który w Chrystusie przyjął ludzką naturę, włącza słabości człowieka w swoje bóstwo. Cierpienie, rozpacz, upadek zaczynają odtąd dotyczyć Boga, zostają przez Niego przyjęte. Może się rozpocząć dzieło odkupienia, ponieważ ani zło, ani śmierć nie są już oddzielone od Bożego życia.

(s. Emmanuelle, „Wyznania zakonnicy”, Kraków 2009, s. 257)

Bóg pomaga, bo jako człowiek przeszedł i zniósł wszystko, co po ludzku było możliwe.

O Smoleńsku, jeszcze…

Wokół drogi smoleńskiej…
(Bułat Okudżawa – tłum. Woroszylski)

Wokół drogi smoleńskiej – wciąż las i las, i las,
wokół drogi smoleńskiej wciąż noc i noc, i noc,
tylko z góry, jak oczy twe – para błękitnych gwiazd,
w które patrzę i widzę mój los, mój los, mój los.

Wokół drogi smoleńskiej – zawieja dmie i dmie,
naszych zbędnych wędrówek zasypie, zatrze ślad…
Gdyby w pierścień się splotły twe dłonie gorące dwie,
może krótszy i lżejszy przede mną by leżał szlak.

Wokół drogi smoleńskiej – wciąż las i las, i las,
wokół drogi smoleńskiej – ten szum, i szum, i szum.
Tylko z góry, jak oczy twe chłodnych błękitnych gwiazd
już nie para spogląda lecz gwiazd obojętnych tłum…

Znalezione u Piotra.

Z kolei u T. Terlikowskiego – tekst o wątpliwościach wokół tragedii. Teoria spiskowa? A może raczej pytania, których niektórzy chcą uniknąć?

Bo wątpliwości pozostaje wiele. Choćby ta – czemu do dzisiaj nie odnaleziono ostatniej, 5 czarnej skrzynki. Albo co do godziny tragedii – ostatni kontakt z samolotem był praktycznie pół godziny przez podaną oficnalnie 8:56. Specjaliści wojskowi mówią wprost – wygląda to medialnie dobrze, ale są w dochodzeniu prawdy błędy. Czy ministra obrony nie należy odwołać? Czy kwestia – właściwie wszystko prowadzą Rosjanie, a Polacy dowiadują się tego czego Rosjanie pozwolą się dowiedzieć.

Obawiam się, że do prawdy daleko w tej sprawie. I nie wiem, czy kiedykolwiek ją poznamy.

>>>

Bo żyją ci, którzy walczą (Victor Hugo)

Przeszkoda jest motorem do podjęcia czynu (Marek Aureliusz)

Wyczytane niedawno. I chyba staną mi się bliskie.

Niebawem zaczynam 3 tydzień dość ostrej diety. Poza tym – często basen, aerobiczna 6 Weidera, dojdzie siłownia. Oby zdrowia starczyło (znowu się podziębiłem po wczorajszym pływaniu…). Muszę zrzucić. Na razie idzie ładnie, jest zapał, jest chęć, jest wola. Oby tak dalej. Bo do zrzucenia jest jeszcze 2 razy tyle, ile zeszło dotąd (a na początku podobno łatwiej waga spada, bo organizm pozbywa się tego, co najbardziej przeszkadza).

I o modlitwę w tej intencji proszę.


  • RSS